Tutaj, pod tym tytułem, będę wpisywała miasta z restauracjami (a czasem i zwyczajnie z barami), jakie warto odwiedzić. Nie opiszę wszystkich, w których jadałam, a jedynie te, które naprawdę WARTO ODWIEDZIĆ. Litościwie pomijam te, w których po prostu się nie jada. A nie jada się: czy to ze względu na obsługę mającą w nosie klienta, czy ze względu na niekoniecznie zadowalającą jakość podania i jedzenia. Opinie wyrabiałam sobie sama jedząc w poszczególnych miejscach, ale też niektóre miejsca „odkrywałam” dzięki znajomym czy Rodzinie. Zawsze jednak smaki weryfikuję osobiście. Uchodzę za czepialską, a nawet krytykanta, ale też niestety nie wszystko, co w TripAdvisor ma 10 gwiazdek, faktycznie na nie zasługuje. Tym bardziej więc polecam to – co polecam. 🙂

p.s. I uwaga – każdemu zdarzają się gorsze dni. Więc nie zrażajmy się jedną, czy nawet dwiema wpadkami. Z ręką na sercu, czy Wasze dania, w domu też zawsze są perfekcyjne? 😉

p.s. 2 – oczywiście najwięcej jest i będzie Gdańska. Siłą rzeczy, bo tu mieszkam i tutaj szlifuję bruki z moimi grupami. Ale postaram się przywrócić szerszy zasięg. 😉 więc proszę śledzić stronę.

A zatem – smacznego !

BORGOWO

Restauracja Przystań w Borgowie, to znakomity przystanek na trasie. To trasa 434 ze Śremu na Dolsk. Po lewej stronie, jakieś 4 km za Śremem. Warto zadzwonić wcześniej i umówić menu. Znakomity schabowy i wspaniały królik! A poza tym – przemiła atmosfera, i ceny nader przyjazne. Bardzo polecam i dziękuję Koledze, który mi Borgowo polecił 😉

BOLESŁAWIEC

Motel i Karczma w Łące – DW 297, ok. 2,3 km za Dąbrową Bolesławiecką w stronę Bolesławca. Przy stacji Orlen. Telefon: 605 581 571.

Ten wybór był aktem rozpaczy pilockiej. Taktownie zmilczę, przyczynę mojej rozpaczy. Dość jednak powiedzieć, że praktycy wiedzą, że lunch rzecz święta i MUSI być wkalkulowany w tzw. czasówkę (polecam każdemu biuru turę z wycieczką, jaką organizuje, żeby naocznie przekonać się JAK przygotowywać program). Wymyśliłam więc, że najlepszym momentem będzie posiłek na trasie. Ponieważ jedyne miejsce gdzie w ogóle ze mną chciano rozmawiać, to była właśnie karczma, więc właśnie tam zjedliśmy.

No ludzie! jakież wspaniałe schabowe tam podają!! A jaki dobry rosół! Surówki przeszły nasze oczekiwania. Świeże, świetnie przyprawione. A wszystko ładnie podane!

Należy zadzwonić wcześniej, umówić się, ustalić menu – i kiedy grupa wejdzie, miłe panie stanowiące obsługę karczmy – dosłownie zastawiają stoły jedzeniem. Jedyny minus, to jedna toaleta, ale nieopodal znajduje się stacja paliw, więc nawet z większą grupą można sobie poradzić.

Polecam z czystym sercem.

CHEŁMNO

Karczma Chełmińska – przy ul. 22 Stycznia 1. Ten adres oznacza znakomite jedzenie. Domowe. I podane z uśmiechem. No i tzw. diety różne nie stanowią problemu, a kulinarne fanaberie gości spełniane z wielką cierpliwością. Właściwie trudno mi opisać jakość jedzenia, bo ślinotok na wspomnienie dań hamuje moje zapędy. Ale polecam bardzo żurek, no i polędwiczki wieprzowe w sosie miodowym, no i udko kaczki… Ach… 🙂

DOBRE MIASTO

Hotel Kopczyński – Restauracja Wiktoria przy ul. Orła Białego 18, niemal na zakręcie nieopodal słynnej baszty, znanej z bocianiego gniazda. Mają w Wiktorii świetne jedzenie. Typowo polska kuchnia i przemiła obsługa. Żadna z moich tras wiodących, nawet tylko w okolicy Dobrego Miasta, nie omija tego miejsca na mapie gastronomicznej. I zawsze wszyscy wychodzą stamtąd objedzeni i zachwyceni polską kuchnią. No i zachwyceni cenami, bo te są naprawdę arcy-przystępne.

GALINY

Pałac w Galinach – to nie tylko wspaniały hotel, z wyjątkową atmosferą, gdzie nawet pies z kotem są przyjaźnie do siebie nastawieni. To także KUCHNIA. Nie lubię kaczki, ani kluseczek ani musu czekoladowego… Ale do dzisiaj wspominam właśnie kaczuchę z kluseczkami zrobioną wyśmienicie. Z chrupiącą skórką, i rozpływającym się w ustach mięskiem (co w przypadku kaczki jest niezwykle trudną sztuką). Do tego mus czekoladowy… wepchnęłam go w siebie żałując, że nie mam 8 żołądków (czy nawet 9) jak słynny Alf.Do tego mają wyśmienite śniadania. Chleb pachnący chlebem a nie kwasem, prawdziwe masło, i mleko, a także dżemy robione na miejscu i miód pachnący łąkami. Nie wspominam o wędlinach, bowiem ten wpis robię wieczorem i już słyszę jak mój żołądek głośno dopomina się podróży do Galin… Polecam z czystym sercem, z tym większą satysfakcją, że kiedyś poleciłam to miejsce niesłychanym snobom. Takim typowym nouveau riche, w najgorszym tego słowa znaczeniu. Wyjechali stamtąd w milczeniu, nie mieli się czego przyczepić bidule… 🙂 i obrazili się na mnie śmiertelnie. Za moje trzy słowa: a nie mówiłam… 🙂

GDAŃSK

Restauracja Zafishowani w Hotelu Hanza to dla smakoszy dodatkowy atut hotelu. Postawili na ryby. W końcu ktoś w Gdańsku!!! Nie znoszę bobu, ale ich Turbot na sosie cytrynowo – szafranowym z czarną soczewicą i blanszowanym bobem po prostu – jak mawia młodzież – wymiata!

Gdański Bowke – przy Długim Pobrzeżu 11. To przede wszystkim atmosfera i obsługa – jako pierwsze wrażenie. A to liczy się ogromnie, bo jak Cię widzą, tak Cię piszą… No a do tego jeszcze smakowitości na talerzu. Nawet bigos, którego nie lubię – tam mi bardzo smakował 🙂 czy z grupami, czy indywidualnie – polecam pyszności, nie tylko obiadowe. Na samo wspomnienie o śledziu na puree z jabłka – leci mi ślinka 🙂 A golonka na puree ziemniaczanym po prostu rozpływa się w ustach.

Piwna 47 – Hm, żeberka karmelizowane w miodzie… Aż mi się dusza uśmiecha na wspomnienie smaku. A szczawiowa przypomina smaki dzieciństwa. To tylko dwa z wielu znakomitych dań, jakie mogą zachwycić podniebienie. Do tego obsługa, która lubi swoją pracę i lubi ludzi. No i mają wspaniałe pokłady cierpliwości. Nie lubię wina. Dla mnie każde smakuje tak samo. A Piwna 47 ma niesłychaną cierpliwość, by wytłumaczyć które i dlaczego polecają.  I – o dziwo tutaj wino smakuje. 😉

Goldwasser – przy Długim Pobrzeżu 22 – zawsze miło, z ogromną cierpliwością a co najważniejsze – z dbałością o klienta. Poziom niezmienny od lat – zawsze bardzo dobry.

Swojski Smak  – przy ul. Jana Heweliusza 25/27, to dobra i niedroga restauracja w raczej niespodziewanym miejscu. No bo ten kawałek Gdańska – czyli ulica Heweliusza nie należy do nadzwyczajnych atrakcji. Ale w momencie kiedy dostaniemy talerz, zapominamy o otoczeniu. Niebo w gębie, to najkrótszy opis. I co najważniejsze, trwają tam od lat, i od lat trzymają poziom!!!!

Pan Kejk – to lokal przy ulicy Długiej. Podają tam znakomite naleśniki ale i bardzo smaczne placki kartoflane (u nas w domu zawsze się mówiło kartoflane i tak zostanie). Obsługa jest przemiła, jednak marzy się, by panie kelnerki znały skład dania. Mam w rodzinie osoby związane z gastronomią, więc patrzę nieco krytycznie. Ale to nie jest absolutnie żaden minus PanKejka. Myślę, że panie się „wyrobią”. Ceny? przystępne. Czas oczekiwania? To nie Fast Food! Jednak nie jest źle, bo „produkcja idzie” na bieżąco. Słowem – polecam.

La Pampa – (dwa lokale: przy ul. Szerokiej 32, lub Szewskiej 1/4), to absolutny hit dla tych, którzy uwielbiają steki! Porcje spore, i przyznam, że mimo łakomstwa z trudem dokończyłam danie 🙂

Restauracja KOS – ul. Piwna 9/10. Mają smaczne jedzenie, aczkolwiek stali bywalcy tęsknią za poprzednim menu (tym sprzed rozbudowy). Mają jednak dobre burgery i miłą obsługę – więc polecam.

Bar Turystyczny – ul. Szeroka 8/10. To jest zdecydowanie KRÓL wszystkich barów mlecznych. Nigdzie indziej (powtarzam – NIGDZIE), nie podają tak znakomitych klusek leniwych. I takiego krupniku.

Bo to jest tak: wyszukane dania przyrządzić stosunkowo łatwo, bo wystarczy trzymać się przepisu, i mody. A jeśli się nie uda, zawsze można nazwać to kuchnią „fusion”.  😉

Ale przyrządzić coś, co każdy zna z domu, i pamięta smak kuchni matki/babci/ojca/dziadka/cioci (niepotrzebne skreślić) – to już jest wyższa szkoła kulinarnej jazdy. A tę, akurat załoga Baru Turystycznego opanowała do perfekcji. Nie dziwią więc horrendalne kolejki w sezonie (a i poza nim także).

I do tego na okrasę – dodaję niebiańską wprost cierpliwość obsługujących…

Szafarnia 10 – to lokal, mieszczący się w nieciekawym budynku biurowym. Lokalizacja jednak jest znakomita, a dodatkowym atutem – mogącym wystarczyć za deser – jest taras dostępny z 9 piętra. Menu jest urozmaicone i podawane w ciekawy sposób a ceny zróżnicowane. Ale najważniejsza informacja dotyczy jedzenia. Warto się wybrać choćby po to by spróbować przystawek. Ktoś, kto nie lubi, albo nie jadł ozorków – po wizycie w Szafarni 10, zmieni zdanie. Kruche, chrupiące, i do tego łagodnie przyprawione. Chyba można to zaliczyć śmiało do tzw. hitów kulinarnych. Widać, i da się odczuć smakowo, że szef kuchni lubi to co robi 🙂

Piwnica Rajców – przy Długim Targu, to smakowity adres. Świetna zupa rybna, pyszny halibut, ale też i polędwiczki wieprzowe. Nie jadłam wszystkiego, bo nie mam niestety 9 żołądków jak słynny Alf. Znakomitym pomysłem jest Piwna Ściana. Jako, że to nie tylko restauracja a także browar, to jest to dodatkową atrakcją miejsca.

Majolika – warto tam zarezerwować stolik na obiad, choćby dla wspaniale odrestaurowanych wnętrz. Co do menu – należy zawierzyć Szefowi Kuchni. Ja skusiłam się na policzki z sandacza. Mimo, że nie przepadam za sandaczem, ten był wyśmienity. Najkrótsza charakterystyka tego dania, to taka, że rozpływało się w ustach. Tego dnia spróbowałam też konfitowane udo z kaczki. I było dobrze zrobione. A wiadomo, że wbrew pozorom niełatwo sobie poradzić z kaczuchą. Do tego kasza gryczana miała dobrą konsystencję i znakomity smak i zapach. Wybierałam dania za którymi nie przepadam, tak by sprawdzić jak się mają na talerzach i w ustach. Ano – mają się znakomicie. Deserów nie jadłam, bo nie przepadam za słodkim, ale zerkałam na sąsiednie talerze, i to co przy nich jedzono wyglądało smakowicie… Polecam z czystym sercem. Poza tym – trzeba pamiętać, że to bodaj jedno z 3 tylko wnętrz z ORYGINALNĄ majoliką kadyńską. Więc już dla samego wnętrza warto tu przyjść zjeść.

Nova Pierogova – Mają stronę również na Facebooku. Nie dość, że widok przyjemny, bo na Długie Nabrzeże, to pierogi palce lizać. I barszcz do popicia. I sympatyczną obsługę. Tego nie da się opisać, to trzeba zjeść 🙂

Sushi Siedem – nieopodal Żurawia, to znakomite sushi. Świetnie przygotowane, ładnie podane. Kiedyś znajdowało się tu 77Sushi. Potem nagle gruchnęła wieść, ze zamykają. I zamknęli. Ale… Otworzyło się Siedem Sushi. Jadałam już w wielu miejscach. I oprzyznam, że wracam zawsze tutaj. Nie tylko ze względu na ceny, ale głównie ze względu na jakość. A i jakość obsługi też ma wielkie znaczenie.

Cafe Oficyna – jak wszyscy wiedzą, nie przepadam za słodkościami. Jeśli nie ma nic innego na horyzoncie, to owszem. Zjem, ale bez szaleństw. I potem wystarczy mi na dłuuuugi czas. No, ale nie mogę nie wspomnieć o miejscu, które nawet ja lubię. Otóż Cafe Oficyna daje dobrą kawę. Ich Słony Karmel (ciacho wielkie jak stodoła, słodkie, ale smaczne) – też zasługuje na parę słów. Bo jest po prostu dobrze zrobiony. Więc łasuchy na słodkości będą w 7. niebie, kawosze także będą zadowoleni. Lokalizacja – znakomita. A posiadacze Karty Mieszkańca, mają zniżki.

Fika Cafe – na rogu Szerokiej i Tandety. Bardzo lubię u nich zaczynać dzień. Jadam zawsze to samo, croissanta z łososiem i serkiem i chabaziami. A do tego piję dobrą kawę. Mimo, że łososia nie lubię, tam po prostu mi smakuje.  Lubię właścicieli. Ich serdeczność dobrze nastraja. No i są blisko mojego ulubione Św. Jana…

Młynek Cafe – kanapki, kawa, atmosfera, lokalizacja, właścicielki! Wszystko tam lubię. Kiedy rzuciłam hasło o kanapce z Bismarckiem (tak to u nas w domu się nazywało) – natychmiast była. I naprawdę znakomita. Zresztą rozeszła się błyskawicznie. Ale to nie jedyna kanapka, jaką tam „wciągam”. Wydawałoby się, że kanapka to zwykła kanapka. No, jednak nie 😉 Przekonałam się o tym właśnie w Młynku.

Ducha 66 – właściwie powinnam napisać tylko – sami się Państwo przekonajcie. Ale litościwie dodam, że to znakomita kuchnia. Tworzona przez młody zespół. Są pełni pomysłów, jakich nigdy nie związalibyście z kuchnią. A smaki? Trochę wspomnień z dzieciństwa, trochę powiewu świata, coś nieznanego, coś ulubionego. A wszystko ładnie podane.

Manna 68 – to zdecydowanie nie moja planeta, bo nie jestem wegetarianką. I dla mnie mięso być musi, zaś moje kubki smakowe nie dają się oszukać… Ale – jeśli mięsa nie uświadczę za grosz, a ciekawość staje się silniejsza od natury – to polecam wstąpić. Zamówić i zjeść. Ja jadłam makaron z boczniakami. Bardzo lubię boczniaki. I tutaj smak dania jest znakomity. I jeszcze polecam chłodnik. Myślę, że ta restauracja, to dobry odpoczynek od golonek, czy schabowych czy nawet burgerów. Polecam tatara z buraków. Może zaskoczyć niejednego. Zaskoczyć pozytywnie. Pod jednym warunkiem – idźcie tam Państwo bez porównywania mięsa do niemięsa. Idźcie po prostu spróbować innych smaków. Warto.

Kaszubska Marina (komu przeszkadzała nazwa Velevetka?) mieści się w budynku Długa 45. Jedzenie raczej polskie niż typowo kaszubskie. Ale smaczne. Ładnie podane. Od lat trzymają jakość. I przyznam, że nie mam obiekcji, żeby tam zaprowadzić moich gości. Jeśli ktoś ma klaustrofobię (restauracja mieści się w piwnicy), to latem ma taras akurat na skrzyżowaniu ul. Długiej i Długiego Targu. Wiec widoki do menu – gratis. Zupa rybna jest bardzo dobra. No i pieczona kaczka jest naprawdę smaczna. Pierogi też polecam.

Gvara – dosłownie po drodze wszędzie. Jeśli ktoś tęsknił za schabowym z kością, to tam. Ale też śledź w jogurcie niejednemu zawróci w głowie (czy raczej w podniebieniu). Polecam. I niech nikogo nie odstraszają ceny, bo porcje nie są wcale małe.

Mandu – dla pierogożerców znakomity przystanek. Tak w Gdańsku jak i w Oliwie. Polecam. Ot, po prostu bez zbędnych słów.

PG4 – Nie jestem piwoszem. Ci, którzy mnie znają, wiedzą że dolewam do piwa soku. Ale za to jestem łasuchem. Zaskakujące smaki, zaskakujące połączenia smaków. I wiecie co? Dajcie wolną rękę obsłudze. Bo warto spróbować ich propozycji.

Eliksir – Powiedzieć, ze poezja smaku, to jak nic nie powiedzieć. Młodzi ludzie. Z pomysłem na smaki, z pomysłem na przełamanie polskiej tradycji schabowego i śledzika… Znakomicie im to wychodzi. A do tego – „wiesz, co jesz”, bo kelner za każdym razem opowiada co mamy na talerzu. Dla chętnych – pokój cygar. A tak poza tym – widać, że oni po prostu lubią to co robią. I lubią jak innym smakuje.

Śląska 19 – trochę na uboczu, ale nietrudno trafić – to tereny dawnych Targów Gdańskich. A co do kuchni – burger i żeberka. Zupy, i lemoniady. A poza tym, właściwie wszystko. Dawno nie jadłam tam kremu z kartofli. Niebo w gębie. I tęsknię za nim. Bardzo polecam. Poza tym bardzo fajna obsługa i atmosfera.

Rękawiczka – lubię ich za śniadania, za ofertę świąteczną. Za uprzejmość, za lokalizację i za atmosferę. Zamówiliśmy sobie Wielkanoc u nich, z dowozem. Nie tylko żurek był pyszny, ale wszystko smakowało wielkanocnie. I na dodatek do zamówienia dołączona była miła karteczka. Niby nic, a jednak robi miłe wrażenie. W tym roku też będziemy zamawiać u nich.

Azima – tatarskie przysmaki – albo przy yl. Mickiewicza, albo w akademikach przy Wyspiańskiego. Tu już restauracja. Nie mogę wymieniać tego, co jadłam, i jak smaczne to było, bo zajęłoby to całą stronę. Wspomnę tylko o moim faworycie. To jantyk. Z mięsem oczywiście. Ale są inne wersje, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Kawa w tygielkach – aromat zaprasza już od drzwi. I serdeczność. No, to teraz już wiadomo, co i gdzie we Wrzeszczu.

OLIWA (Oliwę potraktowałam osobno, historycznie)

Bar przy Potoku – koło Katedry w Oliwie – jest swoistym ewenementem. Otóż, niezmiennie od lat trzyma jakość. I niezmiennie od lat te same panie witają zgłodniałych przy okienku. Ja oczywiście jadam tam pierogi, bo są naprawdę domowe, ale na wspomnienie flaczków, czy żurku buzia rozjeżdża mi się w uśmiechu… Polecam – w czasie prezentacji organów, kiedy grupa w uduchowieniu słucha, spokojnie można zjeść pyszności… Polecam.

GDYNIA

Pierożek przy dawnej Alei Zjednoczenia (przemianowanej niezbyt fortunnie na bodaj JP2) – dokładnie vis a vis ORP Błyskawica. Jedzenie jakie podają, nie mieści się w klasyfikacji. Pierogi są smakowite – zapiekane (menu jest bardzo bogate), a do tego ilość spokojnie wystarcza na dwie osoby. Nawet przy dużym głodzie. Ze zgrozą myślę o tłumach w lecie 😉

Bollywood Lounge – smakuje naprawdę po hindusku. Aczkolwiek brakuje tradycyjnych dodatków do curry. Ale w tym przypadku brakuje mi obiektywizmu, bowiem po lunchu w Apapa Club, gdzie jedzenie naprawdę było hinduskie, a nadto na innych komponentach, bo tam i wtedy, trudno mi polubić jakiekolwiek hinduskie jedzenie w Polsce.Ale polecam tę restaurację, bowiem jedzenia sporo, ceny dość przyjazne, no i jedzonko smaczne. I tu jestem obiektywna.

Pączuś – to mała cukiernia niemal dosłownie na skrzyżowaniu ulic 10 Lutego i Świętojańskiej. Od lat istnieje i od lat cieszy się niesłabnącym powodzeniem. Ich pączki robione są „na oczach” wygłodniałego a może raczej łakomego klienta. I jeden spokojnie wystarczy za dwa. I mimo, że nie lubię pączków, bo w ogóle za słodkościami nie przepadam, to tam akurat zapominam o swojej awersji do ciastek. Karnie staję w kolejce, mając zawsze problem z wyborem nadzienia 🙂

Tawerna Orłowska – nie dość, że serwują cudne widoki, to serwują smaczne jedzenie. Ryby na różne sposoby. Turbot – palce lizać. I halibut bardzo lubię halibuta). Wielbiciele owoców morza – też będą zadowoleni. Ale też żeberka grillowane, dla niejedzących ryb. Słowem – trzeba spróbować. To dobry adres.

GIETRZWAŁD

Karczma Warmińska – wciąż lubię tam jadać. Kwaśniak warmiński niezmiennie przypomina smaki dzieciństwa. A niełatwo zrobić kapuśniak, który jest „w sam raz” 🙂

I jest to jedyne miejsce w Gietrzwałdzie w którym można zjeść smakowicie i znakomicie, a także jedyne w okolicy (!), w którym bez względu na zasób portfela, czy narodowość, goście traktowani są jednakowo, z szacunkiem.

GIŻYCKO

Restauracja Kuchnie Świata była pierwszą restauracją, która mi wpadła do głowy, kiedy grupa nagle orzekła, że wszyscy zaraz zejdą z głodu. Na szczęście nie był to jakiś tłum, ale tak czy inaczej – obsługa zareagowała bardzo miło, i na dodatek jedzonko wszystkim bardzo smakowało – polecam. Zmieniło się menu, i przyznam, że na lepsze! A ich Zapiekanka Mazurska – bardzo smaczna! I Placek Mazur, aż żal, że ma się jeden żołądek…

PODKŁADKA

Znakomite burgery!! A tatar, palce lizać. Nie jakaś tam byle jaka mielonka. To siekana wołowina, do tego podane pikle, cebulka, anchois, jajko przepiórcze no i grzanka. A wszystko pięknie podane.

Jako, że bardzo lubię sushi, zawsze ganiam tam właśnie na zestawy. Daję wolną rękę SushiMaster’owi. I zawsze dostaję maleńkie dzieło sztuki.

A więc PodKładka godna ze wszech miar polecenia!!!

ELBLĄG

Złoty Żuraw – wybór tej restauracji, był aktem rozpaczy. Głodne po którymś szkoleniu, szukałyśmy z koleżankami  miejsca gdzie można smacznie i tanio zjeść. Moją ulubioną pierogarnię zastałam zamkniętą, a na ich stronie pojawiła się informacja o zawieszeniu działalności w lokalu przy Mostowej. No i myślałam, że to już koniec moich przyjemności dla podniebienia w Elblągu. Któraś z koleżanek zaproponowała „chińczyka”… No i tak już zostało. W Złotym Żurawiu jedzenie jest prze-wyśmienite, a na dodatek tanie. Z czystym sercem POLECAM.

Studnia Smaków – przyznam, że miałam mieszane uczucia, kiedy weszłam do restauracji po raz pierwszy. Dość ciasno, i wydawało mi się, że chaotycznie. A następnie jednak przyszłam z niezwykle trudną grupą, i ta została obsłużona szybko, sprawnie, i na dodatek z licznymi trudnymi dietami. I to nie tam jakimiś „banalną” nietolerancją glutenu, ale z dietami, o których dotychczas nie miałam pojęcia. Znakomita obsługa, doskonale wiedziała (lepiej ode mnie) o co chodziło w tych dietach. A że mieliśmy ograniczony czas, zostaliśmy obsłużeni niezwykle sprawnie. Wszystko z uśmiechem i niezwykłą cierpliwością. Goście byli bardzo trudni, bo tzw. „stare Imperium Brytyjskie” przyzwyczajone jest do narzekania i krytykowania wszystkiego, co poza własnym living room. A jednak – wszyscy wyszli zachwyceni. A co z jakością jedzonka? Polecam golonkę. Bo ja akurat kocham to danie, ale żurek też znakomity, no i warto zdać się na sugestie obsługi. Polecam bardzo.

Strzecha – bardzo smaczne jedzenie i z czystym sercem polecam każdemu, kto zawita do Elbląga. Obsługa bardzo sympatyczna, i sprawna. A więc, jeśli chcecie Państwo zjeść smacznie i nie za „milion monet”, to właśnie tu.

Tamago Sushi Bar – bardzo lubię sushi. Hm… Chyba nawet stawiam ponad golonkę ;). I serdecznie polecam tę restaurację, bo sushi tam jest bardzo dobrze przygotowane. A obsługa miła. Więc będę wracać.

FROMBORK

Wieża Wodna – nie tylko kawa, bo dla lubiących słodycze pyszne ciasta. Ale przede wszystkim gospodarze. Pełni ciepła i serdeczności. Pamiętający swoich gości, ba! pamiętający jaką kawę pijają. Zawsze mają czas na pogaduchę. Lubię ich księgarnię i lubię siadać „mając oko” na Wzgórze Katedralne, i tak gapić się, nie zauważając tej strasznej buły, czyli pomnika Kopernika na wprost.

Restauracja w Hotelu Kopernik – wiele lat temu trafiłam przez przypadek, bo nie było gdzie nakarmić grupy. To były czasy, gdy jeszcze rezydował tam ogromny i piękny owczarek niemiecki. Zawsze w hallu, i trzeba było go obchodzić dookoła, bo niczym strażnik leżał w poprzek. I już to sprawiło, że polubiłam właścicieli. Potem nocowałam parokrotnie, żywiłam moje grupy. I za każdym razem – wszyscy zachwyceni byli domowymi obiadami. A więc spokojnie polecam.

KĘTRZYN

Zajazd pod Zamkiem – akurat czekali chyba na grupę, ale mimo tego zostaliśmy posadzeni przy stoliku, doradzono nam, co zjeść. Nie pamiętam już, co to było – ale pamiętam, że było smaczne. I niedrogie, co ważne dla podróżujących. Na dodatek nie czekaliśmy długo. 😉 Polecam.

Uwaga!!! wpis powstał przed sławetnymi rewolucjami pewnej restauratorki (?) i nie gwarantuję że wciąż smacznie. Bowiem u samej owej pani w stolicy pierogi są bardzo niesmaczne…

Pizzeria Maleńka – ul. K.I. Gałczyńskiego 1. To po drodze ze Św. Jerzego, na parking przy murach… Wstąpiliśmy, bo szczerze powiedziawszy potrzebna nam była toaleta. I tak z rozpędu, zamówiliśmy jedzonko. No i – ich polędwiczki wieprzowe w sosie kurkowym to niebo w gębie.

KRAKÓW 

Chłopskie Jadło – przy ul. Grodzkiej 9. W tym przypadku nie potrzeba wielu słów. Jedzenie znakomite, a obsługa niezwykle serdeczna. Miałam wyjątkowo trudną grupę, i właśnie sadzając ich w Chłopskim Jadle mogłam odpocząć, i odetchnąć. Na dodatek mój popłoch w kwestii dziwnych diet obsługa ugasiła w zarodku 🙂

Kogel Mogel przy Siennej – od lat jadam tam z grupami, a do tego mamy zawsze warsztaty pierogowe. Tak jedzenie jak i obsługa znakomite!

Urara Sushi – znakomicie przygotowane sushi. Po prostu, znakomite sushi.

Sakura Amber Sushi – napisać że lubię i że to jakby dla mnie specjalnie, bo już w ogóle nie muszę wychodzić z hotelu – to jakby nic nie napisać. Przepadam za ich sushi. Po prostu. Nie dość, że lubię hotel i całą załogę, to na dodatek to sushi. Polecam!

KRUTYŃ

Restauracja Mazurska – to świetny i smaczny przystanek nad Krutynią. Właściciele sprawiają, że nawet zwykłe kartofle smakują znakomicie. A sandacz w kurkach to po prostu niebo w gębie!!!! Tam po prostu trzeba zjeść.

KWIDZYN

A Nóż Widelec – jadłodajnia w Kwidzynie. Bez przesady można stwierdzić, że to najsmaczniejszy kwidzyński zakątek. Krupnik domowy. I schaboszczak bardzo słuszny. Ceny – bardziej niż przyjazne, a obsługa ma uśmiech na twarzy. Prawdziwy, nie służbowy. I cierpliwość dla klienta, głodnego a niezdecydowanego. Polecam bardzo.

A! I kiedy dzwoniłam w sprawie grupy, nie przestraszyli się, a zasugerowali dania…

LIDZBARK WARMIŃSKI

Starówka – znajduje się przy ul. Hożej, tuż przy murach miejskich. Chciałam tam zjeść, bo jak tu zaproponować grupie obiad, nie wiedząc jak smakuje. Polecam bardzo. Lokal sympatyczny (mimo, że ja akurat trafiłam na jakieś babskie zgromadzenie, podczas którego kobiety krzyczały jedna przez drugą), jedzenie smaczne, i obsługa bardzo sympatyczna.

Pizzeria/Pierogi przy ul. Dębowej 5, niemal tuż przy Bramie Wysokiej (od strony wschodniej). Nie lubię pizzy, więc nie wiem jaką tam podają, ale za to pierogi są rewelacyjne. Malutki lokal, ale warto nawet poczekać na stolik.

LIPNO

Raz Dwa Trzy – życiem rządzą przypadki, i tak też trafiłam z grupą tutaj. Z trasy, bez zapowiedzi. A tu – miła niespodzianka, bufet, i miłe panie podające wybrane dania.  Pyszne gołąbki! Szybko, sprawnie i TANIO. Od tego momentu – wracam! I polecam.

MIKOŁAJKI

Spiżarnia – to miejsce, gdzie można się najeść w miłej atmosferze, i do tego niedrogo i smacznie. Niewiele jest takich miejsc w znanych miejscowościach. A Mikołajki przecież w lecie zatłoczone są niesłychanie. Jadłam tam już chyba wszędzie, ale zdecydowanie polecam właśnie Spiżarnię. I na dodatek już sama nazwa kojarzy się ze smakowitościami 🙂

NOWY DWÓR GDAŃSKI

Willa Joker – po remoncie, po renowacji także kuchni, bardzo smaczne jedzenie i przemiłą obsługa. A co ważne, ładne i czyste pokoje. Ceny – nader przystępne. Więc jeśli ktoś lubi się „szwendać” po Żuławach a niekoniecznie chce na noc wracać do domu, to polecam bardzo. Rosół jest naprawdę domowy, flaczki znakomicie przyprawione, żeberka palce lizać, a polędwiczki w sosie z grzybów leśnych to po prostu marzenie. A więc – bardzo polecam.  🙂

OŚWIĘCIM

Art. Deco – mimo sąsiedztwa dawnego Obozu Niemieckiego, to jedyne przyzwoite miejsce do zjedzenia lunchu z grupą przed wyruszeniem w dalszą trasę. Bo wizyta w  Muzeum Auschwitz to przeważnie przerwa w trasie właśnie, i potem trzeba gonić dalej. Ważne więc by goście coś zjedli, zanim z głodu i emocji zejdą. No i dlatego od lat jadam w Art Deco. Ustalamy menu telefonicznie, czasem dla pewności zapisuję nazwiska gości przy daniach, żeby było szybciej. I zawsze jedzenie jest na czas, smaczne i do tego podane z uśmiechem. Jakimś dziwnym zrządzeniem losu mimo niezwykłego ruchu, panie serwujące dania zawsze mają dobre słowo i uśmiech (nie przyklejony) na twarzy.

OLSZTYN

Pierogarnia Bruner – co tu dużo mówić… wyśmienite pierogi i bardzo miła obsługa, a do tego ceny bardzo przyjazne. Ja w ogóle bardzo lubię Olsztyn, ale jako naczelny łasuch – lubię lubić moje miejsca także za jedzenie. 😉

Restauracja Staromiejska – Od zawsze tam jadałam, i od zawsze był to dla mnie synonim dnia wolnego, wycieczki, zwiedzania. Dlatego przywiązana jestem do Staromiejskiej. I lubię tam jadać, cokolwiek. Bo mi to przypomina młodość.

OLSZTYNEK

Karczma w skansenie – NOWOŚĆ w Karczmie! Otóż może nie wygląda to najpiękniej, ale jest bufet. Widać, co się zamawia. Dania są smaczne, przystępne cenowo a i czas oczekiwania już nie taki jak kiedyś. Szkoda tylko, że wstawiając bufet, nie uszanowano stylu. Trąci to teraz PRL-em, ale że jedzenie jest smaczne, a i czas z reguły ograniczony – warto przymknąć oko na te niedociągnięcia. Żałuję jednak, że żaden decydent nie pogonił ajenta/najemcę żeby zainwestował w wygląd wnętrza…

PAPROTNIA

Kuźnia Napoleońska – to restauracja, która zdecydowanie zmieniła się na lepsze. Jako, że często jeżdżę z pielgrzymkami, to siłą rzeczy trasa wiedzie do Niepokalanowa. No i zawsze pojawia się odwieczny problem, gdzie zjeść. Już nie pamiętam jak trafiłam do Kuźni. Ale od „paru ładnych lat” karmią moje grupy, i zawsze wszyscy wychodzą bardzo zadowoleni, i najedzeni.

PIASKI – czy jak kto woli Nowa Karczma (k. Krynicy Morskiej)

Four Winds (Restauracja i Hotel) No, tutaj to mam problem z definicją. I klasyfikacją. Bo jeśli napiszę że to hotel, to okaże się, że nie ma nic z typowo hotelowej atmosfery anonimowości. A jeśli napiszę, że pensjonat, to będzie krzywdzące.Jedno jest wszakże pewne, Karol Urbanowicz, który jest właścicielem, postawił na kuchnię. I to jaką!! Jeśli łosoś, to wyłącznie bałtycki! I to podany w taki sposób, że aż korci, żeby zrobić zdjęcie… Krewetki, halibut, czy węgorz – wszystko to znakomicie przyrządzone i bardzo atrakcyjnie podane. O tym, że kuchnia znakomita, świadczą tłumy w porze obiadowej.

RESZEL

Hotel Zamek ma świetną restaurację. I właściwie tym jednym zdaniem można wyrazić wszystko. Ale – jeśli kiedykolwiek ktokolwiek zdecyduje się na obiad w restauracji zamkowej, niech lepiej uważa, bo porcje są słuszne, a smak tak wyborny, że będąc już najedzonym – je się na zapas. 😉 Śniadania pachną świeżymi bułkami. Nie takimi dmuchanymi, jak w gdańskich piekarniach. Prawdziwymi. Pachnącymi dzieciństwem. Do tego masło o konsystencji prawdziwego masła, a nie bryły kupowanej w markecie. No i jajecznica z jajek o żółtkach pomarańczowych niemal, i ze szczypiorkiem. Bardzo smaczna kawa, i mleko warmińskie.

RYN

Karczma u Wallenroda. Nie spodobało nam się w zamku ryńskim. Czasy świetności zdecydowanie ma już za sobą. Zmieniliśmy więc z Mężem plany, postanowiliśmy tam ani nie nocować, ani nie jeść, za to obeszliśmy miasteczko dokoła. To akurat nie zabiera wiele czasu. I tak trafiliśmy do Karczmy. Kotlet schabowy, jakiego tam jadłam był soczysty i pulchny, taki jak kiedyś robił Akpan… kartofle puree były znakomicie przyprawione. A mizeria smakowała, jak dawno żadna inna. Na deser już nie mieliśmy miejsca. I w ten sposób mamy znakomite miejsce na obiady w trasie. Jako, że od paru lat tak się składa, że z moimi grupami mieszkam w Rynie na Zamku, Karczma u Wallenroda często mnie ostatnio widuje. 😉 Do zachwytu nad kotletem schabowym – dodaję więc jeszcze placki ziemniaczane! znakomite! Smakują niemal jak domowe.

SEJNY

Karczma, w której posiłki warte są dodatkowych centymetrów w pasie… a obsługa ma wręcz boską cierpliwość. Nie mam korzeni litewskich, ani polskich na Litwie, i nie przepadam za jedzeniem tradycyjnym. Ale muszę przyznać, że tutaj nawet mnie smakowało wszystko.

SOPOT

Nie lubię Sopotu z jego sezonowym tandemem: tandetą i kiczem… I potworną betonozą w samym sercu miasta. Poza tym jest to jedno z najbardziej nieprzyjaznych turystom miast jakie odwiedzam… Ale, jak już muszę jeść tam akurat, to ….

Piaskownica to osobny rozdział. Stała się niemal naszą rodzinną knajpką na lato. Znakomite jedzenie (ach te pierogi z jagodami!!) i błysk w oku właścicieli, kiedy rozpoznają stałych klientów – a do tego ceny bardziej niż przyjazne – to wszystko powoduje, że tylko czekamy na okazję by się skrzyknąć rodzinnie i zgodnie pomaszerować alejką nadmorską ku restauracji na cokolwiek, byle tam 🙂

Dom Sushi ( Bohaterów Monte Cassino 38) – bardzo lubię sushi. I kiedyś, kiedy jeszcze nie bardzo wiedziałam jak się za to-to zabrać, właśnie tam wprowadzono mnie w niuanse. A więc polecam bardzo, bo nie tylko cierpliwa i sympatyczna obsługa, ale też i możliwość skomponowania swojego talerzyka. a nadto – możliwość wykupienia lekcji u sushi mastera.

Meridian Molo – nie przepadam za molo, i wizyty na tym „pomoście” traktuję jak dopust. Ale, jeśli jest w programie grupy, to oczywiście idziemy, i robię wszystko, by gościom się podobało, by zapamiętali widok (bo ładny). A często mamy ochotę na lunch właśnie w Meridianie. I to zdecydowanie jest najlepsze co mogło owemu pomostowi sopockiemu się przytrafić. Ja polecam confit z kaczki i stek z polędwicy wołowej. Po takim lunchu – humor zdecydowanie ulega poprawie.

Błękitny Pudel – BUrger, krem z buraka, czy sałatka z kozim serem, a no i śledź 🙂 nie jadłam tam wszystkiego – bo po zjedzeniu burgera byłam przekonana, że do końca życia będę chodziła najedzona. Ale Błękitny Pudel od lat jest moim ulubionym przystankiem w Sopocie. I polecam szczerze, nie tylko mięsożercom. A poza tym, że tam jest po prostu smacznie – mają fajny wystrój i bardzo miłą załogę.

ŚW. LIPKA

Karczma Berta – to miejsce, gdzie lepiej się zaanonsować wcześniej. Bowiem zawsze brakuje miejsca. I nie dziwota. Jedzenie mają znakomite, miejsce cudne. Obsługa – serdeczna. I czegóż chcieć więcej. Ja oczywiście zawsze sprawdzam jakość pierogów. Jeśli są smaczne, to znaczy że i reszta też. Tutaj – 100% pierogów w pierogach. 🙂 A ich świeżonka to niebo w gębie!!! Polecam zawsze, bo mają tu naprawdę znakomite jedzenie. A i ogrzać się można w cieple niemal rodzinnym, już od samego progu.

Acha, i przenocować tutaj też można…

SZCZAWNICA

Madejówka – parę lat temu, czekałam na grupę płynącą z flisakami. I musiałam ich nakarmić przed trasą. Obdzwoniłam wszystkie restauracje bliżej i dalej. obeszłam te w pobliżu. Nie. Bo nie. Jedni zamknięci, inni nie obsłużą, bo jeszcze nie pełnia sezonu i otwierają później… A że stałam na wysokości Madejówki, weszłam za bramkę. Jakiś pan zapytał jak mi może pomóc, i że otwierają za chwilę, ale mogę poczekać, i na razie napić się soku… Nie przegonił, nie burczał. Wysłuchali spokojnie, wzruszyli ramionami o stwierdzili, że oczywiście nakarmią. Nakarmili. Pstrąg – palce lizać. Rosół zresztą też – taki domowy. I lubię ich kwaśnicę. I lubię ich. Więc szczerze polecam.

TORUŃ

4 Pory Roku – od lat tam przemieszkuję z grupami i co rano cieszę się na śniadanie. Restauracja zresztą wprawiona jest w organizowaniu także wystawnych obiadów, czy kolacji. Toteż, gdy kiedyś zadzwoniłam z prośbą o przygotowanie takiej dla moich gości, usłyszałam tylko „dobrze, zapraszamy”. I to, co moi goście ujrzeli spowodowało, że Polska objawiła im się jako kraj, gdzie na pewno po ulicach nie biegają białe niedźwiedzie. Nie tylko menu było doskonale skomponowane, ale też i wszystko było znakomicie podane. Nie muszę dodawać, że byłam dumna, że polecone miejsce tak świetnie spełniło moje oczekiwania i zaskoczyło pozytywnie moich gości. Polecam i sama chętnie tam jadam.

Karczma w hotelu Spichrz – przy ul. Mostowej to doskonały pomysł na polski obiad w Mieście UNESCO. Wyśmienita kuchnia (z przepysznymi śniadaniami) jest gwarancją niezapomnianej wizyty w Toruniu. Sloganowo wyszło, ale brakuje słów na oddanie tak atmosfery jak i smakowitego jedzonka.

WĘGORZEWO

Karczma przy ul. Zamkowej 10 – to wyśmienite miejsce na obiad. Schabowy zacny i soczysty, pierogi smakowite, a do tego miła obsługa. Czegóż chcieć więcej w trasie?

WILANÓW

Restauracja Wilanów – ul. St. Kostki Potockiego 27, dosłownie parę kroków od kas pałacowych. Ta restauracja to w ogóle osobny temat. I to temat na rozmowę, jak tu wspaniale potrafią zrozumieć pilota, któremu właśnie wali się program przez zaniedbanie biura.

A więc – serdecznie polecam tę restaurację. Ze spokojem przyjmują wszelkie enuncjacje na temat najdziwniejszych diet, potrafią uratować z opresji, a na dodatek jeśli jest naprawdę mało czasu (bo zaraz wejście do muzeum), nikt, tak jak oni, nie potrafi skrócić czas serwisu do minimum. A jedzenie? Bardzo smaczne! Ładnie podane, i porcje całkiem słuszne. 😉

WILCZY SZANIEC

Restauracja w Wilczym Szańcu – wrócili! Dzierżawa ponoć tylko do końca tego roku, a potem nie wiadomo. Trzymamy kciuki, żeby jednak wygrali przetarg. Bo nie tylko obsługa znakomita, ale jedzenie – niemal domowe! Warto umówić się wcześniej (jeśli akurat jesteśmy z grupą) i ustalić menu.  Polecam bardzo i trzymam kciuki, żeby w przyszłym sezonie dalej nas karmili. 🙂

WROCŁAW

Okrasa – tę restaurację poleciła mi Koleżanka z Muzeum, kiedy szukałam czegoś po nieprzyjemnych doświadczeniach z Piwnicą… No i teraz już sobie nie wyobrażam, abym mogła w ogóle gdziekolwiek indziej jeść. Czy to sama, czy z grupami. Nie tylko niezwykle miła obsługa, ale też wyśmienite jedzenie. I to nie tylko pierogi. Bo jadłam tam już chyba wszystko. Wspomnienie ich francuskiej zupy wywołuje moją wzmożoną tęsknotę za Wrocławiem 🙂

Moa Burger – Uwielbiam burgery. A im większe, tym lepiej. A więc na wrocławskim Placu Solnym mogę stać karnie w długiej kolejce, byle tylko „załapać” się na burgera.  Cenowo nie powalają, ale smakowo… palce lizać. 🙂